|
Ach
ta zima. Okropnie się wlecze, ciągle styczeń i styczeń.
W tej chwili jedyne co mogę robić na działce to dokarmiać zwierzątka
fruwające. I może uda mi się zrobić kilka fotek.
"Zasadziłam
się" przy oknie z aparatem, który umieściłam na najsolidniejszym jaki mamy
statywie - mąż używa go tylko na
dworze, jak mówi w "trudnych warunkach". U nas w domu, co
prawda, nie wieje, teren równy, no i w ogóle nie ma trudnych warunków,
ale jak to mówią "przezorny zawsze ubezpieczony".
Karmnik
stoi na jabłonce. Wiele lat temu zrobił go mąż razem z kilkuletnim wówczas
synem Maćkiem w ramach tzw. prac ręcznych na zajęcia szkolne. Pracę
rozdzielili między siebie po równo.
Tata robił a syn patrzył i podziwiał. Ach, co to za wspaniałe czasy (łezka się w oku kręci), kiedy
dzieci są małe, takie bezkrytyczne wobec nas - rodziców, a my, w
ich przekonaniu, jesteśmy tacy wspaniali. Ale ten okres szybko mija, i
role się odwracają.
I o to chyba chodzi w życiu.
A jednak były "trudne
warunki", co prawda odmienne od plenerowych ale były. Jak tylko dochodziłam
do okna żeby zrobić fotkę, wszystko co było
w karmniku uciekało. No może nie wszystko, "żarcie" zostawało.
Ale wreszcie udało mi się. Te trzy kawki to efekt
kilkudniowych "podchodów".
|